To jest opis jednostkowego przypadku uznania przez IPN człowieka za agenta SB.

Zamieszczam go w internecie, bowiem sądzę, że w podobnej sytuacji jest wiele osób, które wcale o tym nie wiedzą. Może setki. Może tysiące.

Powinienem otworzyć tę stronę internetową wcześniej, ale nie chciałem publikować swojego spojrzenia na sprawę zanim sąd  wyda prawomocne orzeczenie.

To mało pasjonująca lektura. Raczej nużąca. Ale tylko opublikowanie wszystkich dokumentów oraz zasadniczych pism do i od Instytutu Pamięci Narodowej pokazuje mechanizm, jaki rządzi dziś oceną materiałów pozostawionych przez tajne służby PRL.

I rządzi losem zapisanych tam ludzi.

 

Tadeusz Sznuk

 

______________________________________________________________________

OPIS PRZYPADKU

1 lutego 2005 roku w internecie ukazała się tzw. lista Wildsteina. Szybko dotarły wiadomości, że moje nazwisko i imiona figurują na tej liście, deklarowanej wówczas jako spis katów i ofiar – funkcjonariuszy, tajniaków oraz osób, którymi SB się interesowała.  Ponieważ nie należałem ani do pierwszej, ani drugiej grupy – postanowiłem zdobyć dokumenty, jakie zbierała na mnie SB. Wcześniej niewiele mnie to obchodziło, ale po publikacji tak dziwnie skomponowanego zestawu osób trzeba było wyraźnie określić swoją przynależność. Niezwłocznie wystąpiłem do Instytutu Pamięci Narodowej, jako „poszkodowany”, domagając się pokazania dokumentów, które na ową listę mnie zaprowadziły. Instytut odpowiedział lakonicznie, że nie należę do grupy poszkodowanych.

Napisałem ponownie, że nie ma drugiej dorosłej osoby o tym samym nazwisku i imionach, bez wątpienia więc idzie o mnie, a ponieważ nie pracowałem ani nie współpracowałem z SB, proszę więc o ponowne wyjaśnienie, co robię na „liście Wildsteina”. Odpowiedź była taka sama.

Odwołanie do prezesa Instytutu nie przyniosło zmiany stanowiska, ale zawierało uzasadnienie, w którym prezes IPN stwierdzał, że zostałem:  „pozyskany do współpracy z organami bezpieczeństwa państwa w dniu 11 stycznia 1982 r., jako tajny współpracownik o ps. „Arat”. Głównym zadaniem… było udzielanie informacji na temat sytuacji ogólnej w Komitecie RTV. Współpracę… potwierdzają znajdujące się w zasobie archiwalnym IPN dokumenty, a w szczególności raporty oficerów organów bezpieczeństwa, z których wynika, iż Pan Tadeusz Sznuk  pięciokrotnie w latach 1982-1986 kontaktował się z nimi w celu przekazania informacji.”.

Grom z jasnego nieba. I żadnej możliwości protestu czy choćby dowiedzenia się, jak mogły powstać takie kuriozalne dokumenty. Stanowisko Instytutu jest jasne: naszym zdaniem obywatel nie jest pokrzywdzony, więc nie dowie się, dlaczego takie jest nasze zdanie. Proces lustracyjny nie przysługuje, bo jegomość za mało ważny. Wszystko zgodnie z ustawą. Jedyne, czego mogłem się dowiedzieć, to sprawdzić w słowniku co znaczy słowo „Arat”.

Wniosek do IPN i późniejsza korespondencja znajdują się tutaj

W moich audycjach radiowych w tamtym okresie właśnie omawialiśmy ze słuchaczami takie pojęcia, jak przyzwoitość, honor, patriotyzm… Uważałem to za ważne i potrzebne.  Wiadomość z IPN odebrała mi siłę i prawo do poruszania tych tematów. No bo jak może o szlachetności mówić ktoś stojący pod zarzutem donosicielstwa?

Po ponad dwóch miesiącach Trybunał Konstytucyjny przypomniał, treść art. 51 Konstytucji:

3. Każdy ma prawo dostępu do dotyczących go urzędowych dokumentów i zbiorów danych. Ograniczenie tego prawa może określić ustawa.
4. Każdy ma prawo do żądania sprostowania oraz usunięcia informacji nieprawdziwych, niepełnych lub zebranych w sposób sprzeczny z ustawą.

Natychmiast posłałem do Instytutu prośbę o zapoznanie się z dokumentami. Instytut milczał, więc po trzech miesiącach zażądałem umieszczenia sprostowania. Sprostowanie dotyczyło tylko tego, co wiedziałem bez dostępu do dokumentów, zaprzeczało więc, że byłem agentem, miałem pseudonim, spotykałem się z oficerami w celu przekazania informacji. Instytut odpowiedział, że sprostowanie włączy do dotyczących mnie dokumentów, a dokumenty pokaże, kiedy je do pokazania przygotuje. To zajęło kolejne dwa miesiące.

Wspomniane listy  można znaleźć  tutaj

W kwietniu 2006 mogłem pod okiem pracownika IPN przeczytać i zrobić notatki („żadnych kopii!”) z ocenzurowanej wersji mojej teczki personalnej.

Kopia udostępnionych dokumentów, odtworzona z notatek i kopii „teczki” przesłanej ponad rok później do sądu (brak dwóch stron, które były w teczce udostępnionej przez IPN w kwietniu 2006, ale zabrakło ich w teczce dla sądu)

Rzeczywiście, kiedy po miesięcznej nieobecności wróciłem do pracy w Radiu w styczniu 1982 roku, wezwał mnie „komisarz MSW” rezydujący w rozgłośni i przekazał „koledze z kontrwywiadu, który ma kilka pytań”. Zostałem przez „kolegę” przesłuchany na okoliczność kontaktów zagranicznych. Służbowych, potem prywatnych, rodzinnych. Jedyną uzyskaną informacją była wiadomość, że na Zachodzie przebywa siostra żony i zapewne nie wróci szybko w stanie wojennym, raczej poszuka pracy zagranicą. Na żądanie oficera napisałem to. Oficer zarzucił mi ukrywanie innych zagranicznych znajomych, bowiem „jako pilot poznaję stale w tych wycieczkach nowych cudzoziemców” i nie wierzy, bym nie utrzymywał z nimi kontaktów. Poinformowany, że nie jestem pilotem wycieczek, tylko samolotów i nie spotykam w nich cudzoziemców, przestał nalegać i objaśnił, ze zagraniczne ośrodki prowadzą akcję dywersyjną przeciw Polskiemu Radiu i według jego informacji mogą się próbować kontaktować ze mną, być może przez obecną na Zachodzie szwagierkę. Prosił o czujność i uprzedził, że może mnie jeszcze wzywać w miarę rozwoju sytuacji. Na koniec podyktował zobowiązanie do zachowania w tajemnicy „faktu i treści rozmów z oficerem kontrwywiadu”.

Taki przebieg zdarzeń sprzed ponad dwudziestu lat przypomniały mi okazane dokumenty. Wynikało z nich, że przesłuchanie miało być rozmową werbunkową. Poza historią „pilota”, która krążyła wśród znajomych jako anegdota, o całej sprawie zapomniałem, nie miała bowiem żadnego dalszego ciągu.

W ocenzurowanej przez IPN teczce nie było niczego, co uzasadniałoby stwierdzenia o tajnej współpracy, pseudonimie, spotkaniach i informacjach. Posłałem do Instytutu zażalenie na fakt ukrycia części dokumentów. Instytut odpisał, że nie ujawni pism „powstałych z moim udziałem”. (Później okaże się, że „z moim udziałem” powstały dwie kartki, wspomniane przy przesłuchaniu. Pozostałe 30 stron, połowę teczki, ukryto dla zasady.)

Bo Instytut Pamięci Narodowej sam definiuje, co znaczy słowo „dotyczy” zawarte w Konstytucji. „Mamy dowody, ze obywatel był donosicielem. Ale ich obywatelowi nie pokażemy. Pozostajemy przy swoim zdaniu. Koniec sprawy.”

Do udostępnionych dokumentów nie dołączono mojego „sprostowania”, choć przepisy to nakazują.

Tę korespondencję można znaleźć tu

Napisałem do ważnej osoby z Instytutu, która stale publicznie twierdziła, że nie spotkała nieprawdy w teczkach SB. Podałem numer swojej teczki.  Nie mogę przytoczyć listów, bo korespondent zastrzegł, że pisze jako osoba prywatna (wtedy właśnie odszedł na pewien czas ze stanowiska w IPN). Z tych listów wynikało, że jedyną drogą do obrony dobrego imienia i do poznania dokumentów jest cywilny proces sądowy.

Zgodził się reprezentować mnie pan mecenas Jacek Trela.  Parę miesięcy zajęło oczekiwanie na rozstrzygnięcia prawne w Sejmie, który zapowiadał wprowadzenie obowiązku lustracji dziennikarzy, co dałoby możliwość dochodzenia prawdy w procesie lustracyjnym. Kiedy procedura się przedłużała zwróciliśmy się do sądu:

Pozew i odpowiedź IPN

W odpowiedzi na pozew, w którym żądaliśmy zamieszczenia w Biuletynie IPN przeproszenia za stwierdzenia zawarte w piśmie prezesa Instytutu, pełnomocnik pozwanego podniósł, że nazwanie kogoś tajnym współpracownikiem SB nie narusza dóbr osobistych. Ponadto działanie w ramach obowiązującego porządku prawnego nie jest bezprawne, nawet jeśli narusza dobra osobiste…  A prezes IPN nie musi badać prawdziwości dokumentów.

Pół roku po złożeniu pozwu odbyła się pierwsza rozprawa przed Sądem Okręgowym w Warszawie. Na wniosek pana mecenasa Treli sąd zażądał od IPN przedstawienia dokumentów, na podstawie których pomówiono mnie o donosicielstwo. Notatkę o rozprawie zamieściła Polska Agencja Prasowa.  

Dwa dni później dziennik „Rzeczpospolita” już wydał orzeczenie: „z akt wynika, że znany dziennikarz podjął współpracę z SB”. Okrasił publikację fragmentami (nieznanych mi jeszcze) dokumentów i fotokopią oświadczenia o zachowaniu w tajemnicy treści przesłuchania w styczniu 1982. Autor wiedział, że tego rodzaju oświadczenia wymagali oficerowie SB po werbunku nieudanym. Ale o tym już nie napisał. „Rzeczpospolita” ma spory nakład i głosy, które się wówczas odezwały, zawierały nie tylko wyrazy otuchy.

Parę miesięcy wcześniej Trybunał Konstytucyjny zakazał Instytutowi Pamięci Narodowej udostępniania dokumentów dziennikarzom…  Tymczasem w czerwcu 2007 zainteresowany dowodów poznać nie może, a gazeta już je ma i publikuje. Naczelny redaktor „Rzeczpospolitej” nie uznał za stosowne odpowiedzieć na mój list.

Artykuł z „Rzeczpospolitej” i list do redaktora naczelnego

Wcześniej, w kwietniu 2007 , po 14 miesiącach od otrzymania, IPN postanowił dołączyć moje „sprostowanie” do zgromadzonych na mój temat dokumentów. Ale pod inną sygnaturą, niż wszystkie moje akta. Wyraziłem obawę, że akta będą udostępniane bez sprostowania i dostałem odpowiedź, że wszystko będzie w porządku. Nie było. (Rzecznika Praw Obywatelskich, którego zainteresowałem tym kolejnym nieprzestrzeganiem Konstytucji – IPN też zapewniał, że nie ma możliwości wydania akt bez sprostowania.)

Obawy okazały się słuszne. W połowie lipca 2007 r.  IPN nadesłał do sądu kopie żądanych dokumentów. Bez śladu „sprostowania”, które w maju podobno dołączono i bez którego nikt nie miał dokumentów oglądać … 

Dopiero w sądzie mogłem poznać dowody, na podstawie których IPN oskarżył mnie o donosicielstwo. Po dwu latach od „postanowienia” prezesa Instytutu. Dwu latach budzenia się w nocy z pytaniem „o co chodzi? czego chcą? dlaczego?”.

Kopia „teczki personalnej”, przekazana sądowi

Zastanawia wielokrotnie zmieniana numeracja stron „teczki personalnej”. Pierwotna, według której sporządzono spis zawartości teczki została pod tym spisem potwierdzona w roku 2003, zatem już przez urzędnika IPN. Ta pierwotna numeracja to przekreślone numery stron w górnym lewym rogu. W dowodach dla sądu brak kart 15, 16 i 17.

Ponadto już po sprawdzeniu w IPN i wpisaniu „notatki końcowej” jako ostatniej, 43. strony, dwukrotnie dokonano zmian zawartości i przenumerowania stron teczki personalnej, raz do 47, a potem do 61 stron. Nie ma adnotacji kto, kiedy i po co tych zmian dokonywał, skoro w 2003 roku teczka liczyła stron 43. W teczce przekazanej sądowi w 2007 roku brak dwu kartek, które były w kopii teczki pokazanej mi w roku 2006. Zmienianej numeracji brak ciągłości.

IPN nadesłał też do akt sprawy sądowej jeden dokument z klauzulą: ściśle tajne. Zapoznałem się z nim w tajnej kancelarii Sądu Okręgowego. Nie wolno tam ani kopiować, ani notować. Tylko przeczytać, zapamiętać i nie powtarzać. Więc nie powtórzę, co było w tej ściśle tajnej małej karteczce. Natomiast mogę napisać, że nie było w nim nic, czego nie zawierałyby dokumenty jawne nadesłane sądowi. Sens zabiegu zrozumiałem dopiero na następnej rozprawie, w końcu września.

Obecność  tajnego dokumentu w aktach sprawy powoduje jej utajnienie. Z sali wyproszono dziennikarzy. Strony procesu i osoby uznane za godne zaufania zostały zobowiązane do utrzymania w tajemnicy przebiegu rozprawy. Później jeden z dziennikarzy powiedział, że już się zetknął z taką formą zabezpieczania się przed wścibskimi mediami. Jawny jest tylko wyrok w takiej sprawie. Już uzasadnienie wyroku pozostaje tajne…

Na rozprawie pan mecenas Jacek Trela udowodnił, że IPN wcześniejszym wyrokiem Sądu Najwyższego był zobowiązany do sprawdzenia prawdziwości posiadanych dokumentów przed wydaniem decyzji. A zgromadzone dowody nie dają podstawy do nazwania agentem.

Wyrok głosił, że IPN zostaje zobowiązany do zamieszczenia w swoim Biuletynie „oświadczenia nie mniejszego niż 1/10 strony o następującej treści: ‘Instytut Pamięci Narodowej – Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu przeprasza pana Tadeusza Sznuka za naruszenie jego czci i dobrego imienia poprzez bezprawne pomówienie go w uzasadnieniu postanowienia z dnia 3 sierpnia 2005 r. nr 80/05 o współpracę z organami bezpieczeństwa państwa.’..”

Pełna treść wyroku Sądu Okręgowego w Warszawie

W ciągu kolejnego roku:

IPN złożył apelację od wyroku, argumentując jak w pierwszej instancji.

Pan mecenas Jacek Trela odpowiedział na argumenty IPN-u.

Odbyła się rozprawa przed Sądem Apelacyjnym, który apelację IPN oddalił, orzekając prawomocnie, że sąd pierwszej instancji postępował zgodnie z prawem i podjął właściwą decyzję. Instytut ma przeprosić.

IPN zażądał od Sądu Apelacyjnego uzasadnienia wyroku na piśmie, co otwiera drogę do złożenia kasacji w Sądzie Najwyższym…

Kiedy dostanę treść wyroku SA i jego uzasadnienie – dołączę je do tej strony…

Wyrok Sądu Apelacyjnego z uzasadnieniem

 Wyrok wraz z uzasadnieniem został wysłany przez Sąd Apelacyjny do IPN 15 grudnia 2008. Ja dostałem go i zamieściłem 22 stycznia 2009.

W numerze 1-2 (styczeń-luty) 2009 Biuletynu Instytutu Pamięci Narodowej ukazał się następujący anons: 

Instytut Pamięci Narodowej - Komisja Ścigania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu przeprasza pana Tadeusza Sznuka za naruszenie jego czci i dobrego imienia poprzez bezprawne pomówienie go w uzasadnieniu postanowienia z dnia 3 sierpnia 2005 r. nr 80/05 o współpracę z organami bezpieczeństwa państwa.

Zeskanowana strona 161 Biuletynu IPN 1-2/2009

Na tej stronie i w tym formacie przeprosiny niełatwo znaleźć w 200-stronicowym tomie...

Ale to nie koniec.

11 marca 2009 adwokat, pan Jacek Trela, zawiadomił mnie o wniesieniu przez IPN skargi kasacyjnej do Sądu Najwyższego...

...............................

2 kwietnia 2009 roku skarga kasacyjna Instytutu Pamięci Narodowej została odrzucona i 20 maja akta sprawy zostały zwrócone do XXV Wydziału Cywilnego Sądu Okręgowego w Warszawie.

................................

Koniec ?

KOMENTARZ

Są osoby, które radzą machnąć ręką. „Daj spokój, każdy coś tam w papierach ma i się nie przejmuje”.

I są także ludzie, którym pomówienie o donosicielstwo potrafi zrujnować życie.

Przedstawiam tę historię właśnie tym, którym taki zarzut może odebrać sen. Bo ilu jeszcze jest zarejestrowanych jako informatorzy SB bez ich wiedzy? Jak, kiedy i od kogo się o tym dowiedzą? Jaką drogą dotrą do prawdy i będą bronić dobrego imienia?

Opisany przypadek dowodzi, jak trudna – a niekiedy niemożliwa w świetle obowiązującego prawa – jest ta droga. Byłbym bezradny, gdyby prezes Instytutu nie użył w uzasadnieniu do swojego postanowienia słów, które mogłem zaskarżyć. Przecież mógł napisać tylko raz jeszcze: „nie jest pokrzywdzony w myśl ustawy…”. I wtedy nie dowiedziałbym się, że byłem zarejestrowany jako tajny współpracownik. Może kiedyś, w przyszłości, ktoś rzuciłby w twarz moim dzieciom: „twój ojciec był donosicielem”, a one już nie mogłyby mnie bronić. Prawo nie może pozostawiać obywatela w bezradności.

Nie dojdę, dlaczego funkcjonariusz SB zarejestrował mnie jako tajnego współpracownika. Miał takie zadanie? Zdobywał punkty? Starał się zasłużyć na premię? Wprowadzenie stanu wojennego przerwało, o północy 12 grudnia,  audycję „Studia 2” w telewizji. To był wówczas najpopularniejszy w kraju program, a ja byłem jednym z czwórki prowadzących. Może takie trofeum werbownika mogło być wysoko ocenione? Zwłaszcza, że „działalność antenowa kandydata nie zawsze była zgodna z oficjalną linią”.

Funkcjonariusz, „kolega z kontrwywiadu”, przygotował się do werbunku. Niestarannie. Kluczem do zaszachowania kandydata miała być  obawa o miejsce pracy i wielość kontaktów zagranicznych, domniemana z zapisu „zainteresowania – pilotaż”. Znaczy – oprowadza wycieczki. Zna języki, więc – wycieczki zagraniczne. Czyli ma wiele podejrzanych kontaktów z cudzoziemcami. Okazało się, że nic z tego. Przygotowany plan „pozyskania” diabli wzięli. Głupio wyszło. Po tej wpadce funkcjonariusz już nie złożył propozycji tajnej współpracy. Postąpił w myśl „Instrukcji o pracy operacyjnej Służby Bezpieczeństwa resortu spraw wewnętrznych” z 1 lutego 1970r., która głosi:

… W razie odmowy współpracy należy pobrać od kandydata zobowiązanie o zachowaniu w tajemnicy faktu i treści rozmowy…

W odróżnieniu od zgody na współpracę, bo w tym wypadku spotkanie:

…powinno być zakończone przyjęciem informacji z zakresu zadań, dla realizacji których został on pozyskany oraz zobowiązania do zachowania w  tajemnicy faktu współpracy. W zależności od potrzeby i zgody pozyskiwanego należy przyjąć zobowiązanie do współpracy i ustalić jego pseudonim…

Całość tych przepisów znajduje się w interesującym wydawnictwie IPN pt. „Instrukcje pracy operacyjnej aparatu bezpieczeństwa (1945-1989)”, które można znaleźć i wydrukować pod adresem http://www.ipn.gov.pl/portal.php?serwis=pl&dzial=229&id=3528&search=4.

Z dokumentów zawartych w teczce (a te dokumenty są zgodne z pierwotną numeracją stron teczki) wynika, że oficer postanowił nie opowiadać o niepowodzeniu i opisał rozmowę w raporcie do przełożonych po swojemu: „kandydat bez oporów wyraził zgodę na współpracę… ..proponuję zarejestrować..”.

I tak w papierach powstaje nowy tajny współpracownik. Nieprawdziwy. A IPN na żadnym etapie sprawy, od pierwszego kontaktu aż do dziś, nie robi nic, nie podejmuje jakiejkolwiek próby dojścia do prawdy. To co, że zainteresowany zaprzecza, że prosi o wyjaśnienie, że broni swojego dobrego imienia… IPN nie jest od obrony czyjegoś honoru.

Fachowcom z Instytutu (historykom? archiwistom? śledczym?) nie przeszkadza brak podstawowych dokumentów „pozyskania” i obecność dowodu niepowodzenia. Nie przeszkadza też fakt, że dwie pierwsze (i jedyne) „Informacje” spisane przez oficera SB, których źródłem miałby być tajny współpracownik, datowane są dopiero półtora roku po werbunku, w dodatku umieszczone są w teczce niechronologicznie – na końcu, po dokumentach sporządzonych całe lata później.

Nie spotykałem się z funkcjonariuszem SB, więc zawartość owych „informacji” musiała pochodzić od innych osób z mojego otoczenia. Może od cytowanego na jednej ze stron teczki „tw. Coli”, może od kogoś innego. Żeby tego dociec potrzebny byłby dostęp do dokumentów tych innych osób.  Nie wierzę, żeby IPN na to pozwolił. Zawartość tych „informacji” to treść codziennych rozmów w redakcji i poza nią. Owszem, fragmentami zgodna z prawdą. Chętnie opowiadałem o przygodach w Paryżu i dowcipie tamtejszej „Solidarności”. Po to go zrobiła, żeby było o nim głośno. Wiele spraw trudno sobie przypomnieć i sprawdzić, minęło ponad ćwierć wieku, ale na przykład w drugiej połowie lipca 83 oficer zapisuje informację od prowadzonego agenta, że ludzie w Radiu czekają na reorganizację i rozstrzygnięcia personalne. A tymczasem już na początku czerwca rozdano nowe umowy o pracę i było dawno po weryfikacji. To akurat udało  się sprawdzić w papierach z działu kadr.   I na takich  spóźnionych ogólnikach kończą się doniesienia tajnego współpracownika? A po degradacji do „kontaktu operacyjnego” już nie mówił nic? Aż do rozstania? Żadnych zadań? Żadnych pytań? Żadnego donosu? Daty pism nie zastanawiają?

 IPN nie znajduje w tym nic dziwnego.

Owszem, bywał w redakcji oficer opisany w dokumencie jako „komisarz MSW na Polskie Radio”, który na co dzień rezydował w rozgłośni. W teczce są dwie jego notatki na mój temat. Zawierają trochę prawdy (np. używałem powiedzenia „robić komuś koło pióra”) i trochę bezsensów (np.  po przeczytaniu zacytowanej przez „Rzeczpospolitą” notatki komisarza o skarżeniu się na przeszkody w awansie - odezwał się ówczesny kierownik redakcji, który zwalniał wtedy swoje stanowisko i przytoczył słowa, którymi odmówiłem mu objęcia posady, więc na co miałem się skarżyć i dlaczego komisarzowi?). A o planach wysłania mnie w 1986 roku na cykl reportaży do radzieckiego Centrum Lotów Kosmicznych nigdy nie wiedziałem. Może plany przełożonych znał inny informator SB?

O wyjaśnienia dotyczące motywów wyjazdu do USA w 1986 r. chyba wtedy rzeczywiście komisarz mnie pytał – miał wydać dokument dla biura paszportowego o urlopie z Polskiego Radia. Cała reszta - „poinstruowałem, powiedziałem czego oczekujemy, udzielał pomocy, ustaliliśmy, że po powrocie się spotkamy w celu udzielenia …” -  to czysta literatura, podkreślająca ciężką pracę oficerów. Bo nie instruowali, po powrotach się nie spotykaliśmy i niczego nie udzielałem. Przecież byłoby to w teczce.

Dla IPN sens i treść nie ma znaczenia. „Współpracę potwierdzają raporty oficerów organów bezpieczeństwa…”. Że pozbawione sensu, naciągane i niepotwierdzone – to przecież nieważne. Ważne, że raporty – są.

Pozostałe dokumenty to doniesienia hotelowych wywiadowców, które pewnie ma w swojej teczce każdy, kto wszedł do hotelu i spotkał tam cudzoziemca, pisma w sprawie podejrzenia o rozdawanie ulotek (pomylił się donosicielowi numer auta) i sporo karteczek, świadczących o tym, że interesowały się mną  i występowały o informacje różne komórki służb bezpieczeństwa.

Dla Instytutu to są dowody na „pięciokrotne spotkania z oficerami w celu przekazania informacji”. Kiedy? Gdzie? I jeszcze pseudonim. Skąd on się w dokumentach znalazł?

Instytut nie ma żadnych wątpliwości.

Gdyby, wzorem specjalistów z IPN, wierzyć w każde słowo zapisane w formularzach i raportach, to okaże się, że pierwsze dziecko spłodziłem mając rok i siedem miesięcy, a żona urodziła je w czwartym dniu życia. Za to chyba powinienem siedzieć. Narodzin drugiego dziecka służby nie odnotowały, zatem nie istnieje. Na imię miewam Andrzej… Może to brzmi śmiesznie.

Ale stwierdzenie: „zgromadzone w zasobie archiwalnym IPN dokumenty… …potwierdzają, że został pozyskany do współpracy z organami bezpieczeństwa państwa w dniu 11 stycznia 1982 r., jako tajny współpracownik o ps. ‘Arat’...  …współpracę potwierdzają w szczególności raporty oficerów organów bezpieczeństwa państwa, z których wynika, iż pięciokrotnie w latach 1982-1986 kontaktował się z nimi w celu przekazania informacji…” – śmieszne już nie jest. To wyrok cywilnej śmierci.  Sformułowany przez IPN.

Instytut Pamięci Narodowej, który zawiaduje dokumentami z przeszłości, przyjął, że funkcjonariusze służb bezpieczeństwa Polski Ludowej byli jedyną uczciwie pracującą i prawdomówną grupą zawodową. I broni tego twierdzenia ze wszystkich sił, bo przecież dokumenty pozostawione przez SB są postawą egzystencji poważnej części Instytutu. Własna interpretacja prawa, pozwalająca Instytutowi ukrywać przed zainteresowanymi dowolnie wybrane dokumenty, stawia oskarżanego na przegranej pozycji.

A IPN także, jak wynika ze zmieniającej się numeracji stron i rosnącej (już w XXI wieku) zawartości mojej „teczki personalnej”,  sam dokonuje zmian w dokumentach, które mają stanowić źródła historyczne lub dowody prawdy. Wkłada do wnętrza starych dokumentów jakieś inne papiery. Nie dołącza ich pod oddzielnymi numerami, ale sprawia wrażenie, że takie dokumenty pozostały po SB. Że były w teczce.

W rozmowach i korespondencji – funkcjonariusze IPN mają pewność w każdej kwestii:
- nie ma zobowiązania do współpracy – bo widocznie SB uznała, że nie było potrzeby;
- nie ma śladu przyjęcia pseudonimu – widać służby uznały, że tak będzie lepiej;
- nie ma pisanych doniesień – znaczy, że oficer wolał sam spisywać;
- nikt nie zapoznawał się z dokumentami w teczce (za czasów PRL) – ponieważ pewnie nikt nie potrzebował albo nie musiał się wpisać;
- zarejestrowany bez wiedzy i podstaw… – oh, bądźmy szczerzy, gdyby oficer uznał pana za wroga, to by pana wyrzucił z pracy..;
- zaprzecza, że donosił? – nie znam donosiciela, który nie zaprzecza;
- sfałszowane? – nie spotkałem sfałszowanej teczki SB…

Chyba dwa lata temu wprowadzono przepis, że pisanie (dawniej) nieprawdy w dokumentacji SB będzie obecnie znów srogo karane. Który funkcjonariusz w tych warunkach się przyzna, jeśli sąd powoła go na świadka? Żeby pójść do kryminału? Doprawdy, twórcom tego prawa musiało zależeć na odkrywaniu prawdy…

Kiedy obowiązywały przepisy o lustracji i Rzeczniku Interesu Publicznego byłem za tym, by dziennikarze publicznych mediów byli takiej lustracji poddani. Skoro utrzymują ich obywatele – mają prawo wiedzieć, kto do nich mówi. Podpisałem jeden z apeli w tej sprawie, jeszcze jest dostępny w internecie. Uważam, że tylko uczciwy, niezależny od IPN proces lustracyjny przed niezawisłym sądem pozwala wyjaśnić kwestie wątpliwe. Ale teraz wiem także, że najważniejszą sprawą jest udostępnienie każdemu obywatelowi wszystkich zgromadzonych w archiwach dokumentów, jakie go dotyczą. Jak u Gaucka. Kto znajdzie w swoich papierach dowody krzywdy i pozna krzywdzicieli – będzie mógł to wykorzystać. Kto został złamany i w wyniku szantażu zobowiązał się do współpracy – nie będzie musiał zapewniać, że nie donosił na przyjaciół. Będzie to miał na papierze. Albo nie będzie. A kto zrobił krzywdę innemu człowiekowi – popadnie w niesławę. Jasno, prosto. I skończy się wtedy utajniony skład „haków”.

Że ludzi, którzy nie wiedzieli o rejestracji przez SB, może być wielu - świadczy wpis na internetowym portalu wp.pl. Portal zamieścił informację PAP o oddalonej przez sąd apelacji IPN w mojej sprawie. Pod informacją znalazły się głosy czytelników. Wśród nich notka kogoś, kto był (albo chce sprawić wrażenie, że był) funkcjonariuszem SB:

#
2008-09-30 15:08
~spieszący wyjaśnić
zabezpieczenia operacyjne

Na liście Wildsteina znalazłem osoby, które zarejestrowałem jako "zabezpieczenia operacyjne" co wcale nie oznaczało, że planowałem z nimi współpracę. Po prostu chciałem mieć pewność, że inne służby peerelu w przypadku zainteresowania się tymi osobami zwrócą się najpierw do mnie lub zrezygnują z interesowania się nimi. Dlatego lista Wildsteina była dla mnie przykładem posttotalitarnego totalitaryzmu, który musiał zaszokować m.in. zarejestrowane przeze mnie w kartotece zupełnie niezwiązane z SB osoby.

 

To prawdopodobne. Zawartość mojej teczki to potwierdza. Jakakolwiek „służba” chciała się czegoś o mnie dowiedzieć, „rozpracować”, albo miała względem mnie jakieś plany – była odgórnie kierowana do funkcjonariusza, który mnie zarejestrował. Jeżeli więc notatka w internecie jest prawdą, to nikt nie może być pewnym własnej przeszłości. I lepiej ją sprawdzić.

Zanim Instytut wyrazi swoje zdanie.